Taisa

Dzierganie to kreacja. Jak joga, medytacja, modlitwa… 

 

O robieniu na drutach mogę opowiadać bez końca. To moja pasja, hobby, sposób na  życie.  Kiedy  mam  nowe  zlecenie,  natychmiast  zapominam
o problemach. Radość tworzenia oddala każdy stres. Szybki ruch palców, rytmiczne przesuwanie nici, automatyczne liczenie oczek - to jak  mantra  czy  medytacja,  skuteczny  sposób  na  wyciszenie   emocji.
Ja nazywam to terapią kreatywności.Dziergania nauczyły mnie moja babcia i mama. Taka kobieca tradycja rodzinna.  W  szkole   na   Ukrainie,   też   mieliśmy   tego   typu  zajęcia.
W dzieciństwie dużo chorowałam. Włóczka i druty to były moje najwierniejsze szpitalne przyjaciółki. One pozwoliły przetrwać mi najtrudniejszy hospitalizacyjny czas. Dziergałam non stop. Obdarowany personel bardzo był zadowolony. Cały oddział chodził w moich czapkach i szalikach. Pierwsze poważne zamówienie złożył mi kolega na studiach. Kopia swetra awangardowego projektanta Rickiego Martina. To było wyzwanie. Kontrolowane dziury i specjalny splot w moim wykonaniu, zyskały powszechne uznanie. Musiałam zrobić jeszcze 16 takich samych.

Dzisiaj jestem bardzo świadoma swoich prac. Proces tworzenia jest dla mnie nieustająco ekscytujący. Sama projektuje, dobieram kolory, wymyślam sploty. Pomysły czerpię z natury. Kwiaty, liście drzew, kształty owoców są bardzo inspirujące. Wykonanie to żmudne godziny, wymagające skupienia. Ściegi skomplikowane są jak łamigłówka dla głowy i rąk. Proste relaksują umysł i ciało. Dopiero kiedy zszywam widzę całość. Dlatego ten niby bezosobowy, mechaniczny czas, zawsze podkręcony jest odrobiną adrenaliny. Włóczka to materiał plastyczny, nie do końca przewidywalny. Ta nutka niepewności efektu końcowego, to bardzo mobilizujący, pozytywny stres. Pozwala pokonywać bariery, iść do przodu, wyznaczać i osiągać kolejne cele. Rozwijać się. Uwielbiam to w tej pracy. To mnie napędza, tym żyję. 

Dzianina powraca w wielkim stylu. Projektanci doceniają rękodzieło. Na światowych wybiegach coraz częściej widać ręcznie robione wełniane cuda. Handmade zaczyna być w cenie. Powrót do natury i rękodzieło staje się trendy. Coraz więcej młodych  kobiet  docenia  taki  styl.  Łapie
za druty, tworzy kreacje. Proces twórczy, który temu towarzyszy, daje spokój, możliwość samorealizacji i konkretne efekty. Wbrew pozorom nie jest to zajęcie skazane na samotność. Uwielbiam dziergać w większym gronie. To motywuje, integruje, jest fantastycznym spędzeniem czasu. Może stać się też tak jak w moim przypadku profesją, kreatywnym sposobem zarabiania na życie.

Moje swetry do spektaklu Piloci w Teatrze Roma były wierne historycznym pierwowzorem. W swetry własnego projektu ubrałam dziewczyny startujące w mistrzostwach tańca na rurze. Świetnie się sprawdziły, zostały dostrzeżone, posypały się zlecenia. Sprzedaję oficjalnie, podpisując umowę. Często realizuję pomysły mojej córki i dlatego bardzo chciałabym żeby do szkół powróciły robótki ręczne. Chętnie poprowadziłabym  takie  zajęcia.   Praca   manualna,   bardzo   pomogłaby   dzieciom   wyciszyć   się,   nauczyłaby   koncentracji,   odciągnęła
od komputera i natłoku obciążających umysł informacji. Moim marzeniem jest założenie fundacji dla osób dorosłych zajmujących się rękodziełem. Wiele lat pracowałam jako zastępca w Fundacji która pomagała dzieciom polskiego pochodzenia studiować w Polsce. Stworzenie takiego miejsca integrującego osoby o tych samych manualnych pasjach, nie tylko byłoby twórcze, ale mogłoby spełniać funkcję psychologiczno-terapeutyczną. Taka grupa wsparcia, z konkretnym przesłaniem przywrócenia rzemiosłu właściwej rangi. Zintegrowanie kobiet w różnym wieku, odmiennego pochodzenia i wykształcenia, może budować wspaniałe, kreatywne przyjaźnie, otwierać nowe więzi społeczne, tworzyć wspaniały wolny od stresu wspólny świat. Konkretne zajęcia to najlepszy,  naturalny  antydepresant,  wełniany  handmade
to fajna, kreatywna zabawa. Taki łatwo dostępny balsam na życie, który nazywa się slow life. Zawsze angażowałam się w sprawy społeczne. Fundacji jeszcze nie ma, ale wszystko przede mną. Mam tego typu doświadczenie. Zaproszę do niej również mężczyzn. Rosjanie nie wstydzą się robić na drutach. Może polscy strongmani też to polubią. W jedności przecież siła a być blisko kobiet, to wyróżnienie. 

Bycie kreatywnym daje mnóstwo możliwości. Fundacja swoimi pracami będzie mogła też wspierać potrzebujących. Dawać innym to przywilej ludzi szczęśliwych. Ja jestem szczęśliwa, a druty to mój uniwersalny lek „na całe zło”. 

 

Taisa Katrynets Olko